6 top cech, które przydają się podczas nauki języka

6 top cech, które przydają się podczas nauki języka

Ach, gdyby tak uczyć się języków obcych z łatwością!

Gdyby tak po prostu same wchodziły do głowy!

Często myślimy o języku jako o jakimś specjalnym talencie, a tymczasem niewiele tutaj prawdy. Nasza prędkość zależy od kilku cech, które, jeśli je posiadamy lub nad nimi pracujemy, sprawiają, że nasze postępy są dużo szybsze.

Co tak naprawdę jest ważne w nauce języka?

W nauce języka, tak jak chyba i większości innych czynności, największą rolę spełniają nawyki. To przecież to, co robimy na co dzień jest dużo ważniejsze, niż jednorazowe zrywy. Nawet ćwiczenie 5 minut dziennie, będzie miało większą wartość, niż przysiadanie na 2 godziny raz na dwa tygodnie. Żeby wyrobić w sobie odpowiednie nawyki przydaje się określony zestaw cech, które będą je wspierały. I tu od razu chcę zbić argumenty typu “Ale ja taka jestem i już” albo “Nie mam takich cech, więc nici z płynności językowej”.

Żadna z nas nie jest taka, czy inna. Nasze cechy to kwestia wyboru. Jeśli jestem nieśmiała i to mi utrudnia, mogę to zmienić i w tej sposób czerpać z życia bardziej. Jakie cechy przydają się więc jeśli chodzi o naukę języka?

#otwartość

Cecha przydatna także życiowo (choć pewnie o każdej z poniższych też mogłabym to powiedzieć 🙂 ). W języku jednak niezbędna. Jeśli nie ciekawi Cię dany język, ludzie, którzy na co dzień go używają, ani nic, co ma z nim związek to… Cóż, będzie po prostu znacznie trudniej. Otwartość poza tym ma wiele twarzy. To śmiałość w zagadywaniu innych i nawiązywaniu kontaktów. To akceptacja różnic (na przykład gramatycznych) i patrzeniu na nie jako coś ciekawego i inspirującego, a nie zło koniecznie 😉 To także ciekawość świata i co za tym idzie różnych języków.

#systematyczność

Pewnie część z Was przewraca teraz oczami. Ale nuda. Bycie systematycznym czasem przypomina nam panią od matematyki w blezerku, która skrupulatnie wypełnia rubryczki jakiegoś skomplikowanego dokumentu. Jeśli masz podobnie stylowe skojarzenie to … może czas je zmienić? Systematyczność to jedna z najważniejszych cech w życiu- pomaga Ci wytrwale dążyć do celu i tak naprawdę o Ciebie dba! Dlaczego? Bo kiedy jej brakuje, siadasz do pracy tuż przed deadlinem i kosztuje się to dużo stresu. Albo po raz kolejny mówisz sobie “Jutro już na pewno zacznę chodzić na siłownię” i tym samym nadszarpujesz swoje poczucie własnej wartości i zaufania do samej siebie.

Małe, regularne kroki są naprawdę łatwiejsze do wykonania i wytrzymania, niż szaleńcze zrywy i ciągły brak balansu.

Czego potrzebujesz? Zmienić swoją optykę, jeśli chodzi o systematyczność! Polubić ją i zobaczyć wsparcie jakie daje, zamiast czuć się największym nudziarzem świata. To takie proste 🙂

#poczucie humoru

Ach, to moja ulubiona cecha i podobnie do #otwartości całkiem pojemna. Językowo dzielę ją na dwa obszary: poczucie humoru jako dystans do siebie samego i innych oraz poczucie humoru jako umiejętność zabawy w trakcie różnych czynności. To może brzmieć mgliście, więc spieszę z przykładami:

  • dystans- buduje poczucie pewności siebie. Sprawia, że nawet jak coś się nie uda, nie urasta to do rozmiarów greckiej tragedii, lecz po prostu wywołuje uśmiech na naszej twarzy. A potem? Poprawiamy koronę i idziemy dalej do przodu
  • umiejętność odnajdywania radości- po prostu sprawia, że nam się chce. Jeśli podchodzimy do nauki języka na luzie, jak brakuje nam słów to wybuchamy śmiechem lub bawimy się w kalambury i przede wszystkim dzielimy się uśmiechem z innymi- wtedy uczymy się najszybciej. I to dodatkowo najradośniej, więc nie ma się przed czym opierać, tylko postawić na pozytywne podejście! 🙂

#praktyczność

To, czego nie lubię w nauce języka to tracenie czasu. Czasem zdarza mi się po prostu “zakopać” w jakimś temacie i zajmować się rzeczami, które słabo prowadzą mnie do konkretnych rezultatów. Naprawdę tego nie znoszę, bo nauka języka to jedna z najbardziej praktycznych rzeczy, jakie znam. Przecież chodzi tutaj o zdobywanie możliwości swobodnej komunikacji. Co nie oznacza, że wszystkie językowe działania do tego prowadzą. Dlatego mało kreatywne ćwiczenia, zasiedzenie się w teorii gramatycznej i temu podobne zupełnie do mnie nie przemawiają. Efekty tych działań są marne, a czas mija bezpowrotnie. Dlatego właśnie #praktyczność znalazła swojej miejsce w tym wpisie. Ona nadaje kierunek wszystkim działaniom. Wywodzi się z konwersacji i “sprawdzenia tętna”, czyli obserwowania gdzie się blokujemy. I wtedy mamy czarno na białym to, czym potrzeba się zająć. Co jeszcze uważam za językowo niepraktyczne? 

  • naukę zgodnie z podręcznikiem, rozdział po rozdziale- nauka języka to przede wszystkim nauka mówienia, a podręcznik służy temu, aby uzupełniać wiedzę. Nie powinien być bazą samą w sobie. Rzadko prowadzi do przełomów. Rzadko prowadzi do swobody. Zajmuje czas, nie dając wiele w zamian
  • spędzanie długiego czasu nad gramatyką. Owszem, jest ona bardzo potrzebna. Ta potrzeba to przeczytanie jej, zrobienie kilku ćwiczeń, a potem… praktyka “na żywo”. Czytanie skomplikowanych opracowań, setki “uzupełnianek” w postaci wpisywania określonych form w luki- to czasochłonne i mało skuteczne działania. Lepiej napisać jeden tekst (np. w czasie, który właśnie przerabiamy) i tym samym poćwiczyć formy, niż zrobić 10 zadań. Mózg po prostu zupełnie inaczej się aktywizuje, a rezultaty mówią same za siebie
  • rezygnację z konwersacji. Co prawda większość uczniów robi coś innego- po prostu ich nie zaczyna, twierdząc, że chcą się najpierw trochę podszkolić. To największy błąd w nauce języka. Koniec kropka.

#kreatywność

Ostatnia cecha jest trochę… niedoceniana. Wydaje się, że o nauce języków powiedziano już wszystko i trzeba po prostu iść konkretnym programem. Czyli na chłopski rozum wziąć książkę i czytać, zeszyt i pisać, gramatykę i wkuwać. Tymczasem najnowsze badania jasno pokazują, że to nie czas poświęcany na naukę ma znaczenie, a jej jakość. A konkretnie to, jak (i czy) aktywujemy mózg. Kreatywność jest tutaj paszportem do szybkiej nauki- sprawia, że uczymy się różnorodnie, pracujemy z obrazami i skojarzeniami (tutaj mózg aż skacze z radości) i dodatkowo sprawia, że dużo łatwiej się zmotywować. Nauka, która jest ciekawa przestaje wydawać nam się “kulą u nogi” i zaczynamy czerpać przyjemność z samego procesu, a nie tylko z końcowych jego efektów. 

Jeśli trochę Cię to przeraża albo uważasz siebie za osobę mało kreatywną to:

a) zmień to przekonanie 🙂 

b) po prostu zacznij szukać przyjemności w tym, co robisz. Ucz się tak, jak lubisz, a od razu zobaczysz ogromną różnicę! Lubisz rysować? Rysuj i podpisuj swoje rysunki w języku, którego się uczysz. Interesujesz się sztukami walki? Dołącz na Fejsbuku do grup tematycznych w danych języku. Szukaj tego, co ciekawe dla Ciebie i nie oglądaj się na to, co robią inni. Twoja nauka jest dla Ciebie i do Ciebie ma być dopasowana 🙂

#analityczność

Przyspiesza naukę! Nie chodzi mi tutaj o skomplikowane analizowanie wszystkiego, dobrze wiecie, że jestem z obozu nauki intuicyjnej! Mam tu jednak na myśli umiejętność tworzenia np. nowych form na bazie tego, co już znamy. To odbywa się poprzez umiejętność analizy- skoro w przypadku x było to tak, to może w przypadku y też? Przykład: skoro w hiszpańskim “la habitación” to pokój, to kiedy chcesz powiedzieć “intuicja” (która brzmi w większości języków podobnie), to możesz łatwo zgadnąć, że “la intuición” to dobry trop. W ten sposób, oczywiście, nie możesz odgadnąć wszystkiego, bo są także inne końcówki rzeczowników, ale możesz znacznie sobie ułatwić 🙂 

Szczerze mówiąc, trudno było mi wybrać kilka najważniejszych cech, które sprzyjają postępom językowym. Zostało jeszcze przecież tyle innych, niewymienionych, jak na przykład: akceptacja, cierpliwość, uważność na siebie samego… W ten sposób możnaby w zasadzie stworzyć całą encyklopedię cech przydatnych, a nie o to mi przecież chodziło 🙂 

 Zgadzam się z moimi wyborami? Jakie są Twoim zdaniem cechy, które mają znaczenie w kwestii nauki języków? 🙂

Jak cele językowe zmienieją zasady całej gry?

Jak cele językowe zmienieją zasady całej gry?

Kiedy rozmawiam z kimś o konkretnym języku obcym, zawsze pytam „what’s the dream?”, czyli „jakie ma marzenie?”.

Pod tym pytanie kryje się tak wiele! Jakie są cele Twojej nauki, co chcesz osiągnąć? Jak ważne jest to dla Ciebie? Co jesteś w stanie zrobić, aby tam dotrzeć?

W odpowiedzi najczęściej słyszę jednak coś, co od razu sprowadza mnie na Ziemię.

 

Chcę nauczyć się mówić

Tak, to dosyć logiczny cel- z reguły po to uczymy się języka. Pytanie jednak, czy cel określony w ten sposób daje nam faktyczną szansę na osiągnięcie go?

Co to znaczy nauczyć się mówić?

Jak będziesz działał, aby tam dotrzeć?

Dlaczego chcesz to zrobić?

Jak ważne jest to dla Ciebie?

Skąd będziesz wiedział, że zmierzasz w dobrym kierunku?

Możesz mi uwierzyć, że zawsze kiedy słyszę enigmatyczne „No, ja chcę się po prostu nauczyć tego języka” moja głowa niemal eksploduje od pytań! Pytań, które transformują mało konkretne „chcę to zrobić” w bardzo konkretną strategię, wypełnioną mocą sprawczą.

Cele są dosyć zabawne. Wydaje nam się czasem, że nie trzeba koniecznie ich określać, bo przecież „nauczenie się języka” jest jasne jak słońce- chcę umieć się nim posługiwać. Mało kto na starcie nauki inwestuje w to jakikolwiek czas. Taka filozofia gryzie nas w tyłek mniej więcej po trzech pierwszych miesiącach nauki. Przychodzi wtedy z reguły pierwszy kryzys, czasami nie widzimy dużych postępów. Innym razem okazuje się, że nie oszacowaliśmy tego, ile czasu będziemy potrzebować na to, żeby dotrzeć do celu. To nic dziwnego- jeśli cel jest słabo sprecyzowany, naprawdę ciężko podać sposób i czas osiągnięcia go.

 

Jak wejść na Mount Everest?

Nie chcę lecieć tutaj w zbytnie banały, ale prawdą jest, że każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. W mojej metodzie uczenia pierwszym krokiem jest właśnie obranie i doprecyzowanie swoich celów językowych. Nie mówię, że cel w stylu „chcę się nauczyć” jest zły. To dobry cel, ale długofalowy. Potrzebujemy także mniejszych celów po drodze, aby nasza droga była łatwiejsza. Zobacz, kiedy himalaista wspina się na ośmiotysięcznik to nie mówi „Idę na szczyt, jakoś to będzie”. Opracowuje plan dotarcia tam, kolejne bazy, do których zmierza. Wiedząc o tym, gdzie te bazy się znajdują obiera najlepszą trasę, która go tam poprowadzi. Tak samo jest z językiem. Cel w formie „nauczenia się” jest końcowym efektem. Warto zastanowić się, co to dla Ciebie oznacza, że się nauczysz. Czy chcesz mówić tak jak native, czy stawiasz raczej na to, że potrafisz się porozumieć w większości codziennych sytuacji i nie interesują Cię rozmowy o biologii molekularnej podczas konferencji w danym kraju. Tak, teraz trochę ironizuję, ale chcę Ci pokazać coś ważnego. To, jak dokładnie wygląda Twój cel, będzie określać sposób w jaki działasz. A nie ma nic gorszego niż działanie „po omacku” i tracenie czasu na nieskuteczne działania, które przynoszą więcej frustracji, niż pożytku.

Co zatem zrobić? Określ swój cel najlepiej jak potrafisz! Dodaj konkretne informacje, które mogą pomóc Ci w późniejszym ustaleniu kluczowych działań. Zapytaj siebie dlaczego to robisz, co chcesz osiągnąć i skąd będziesz wiedział, że dotarłeś na swój Mount Everest. Te kilka minut uporządkowania sobie w głowie tego, co czego dążysz, bardzo zaprocentuje w kolejnych etapach.

 

Konkrety. Czyli co? 🙂

Kiedy masz już swój cel i jest on dla Ciebie klarowny, podziel go na mniejsze etapy. Spójrzmy na to na przykładzie.

MÓJ CEL: Nauczyć się hiszpańskiego tak, aby móc swobodnie rozmawiać na wszystkie interesujące mnie tematy, oglądać filmy i seriale w oryginale, czytać książki i czerpać z tego przyjemność i mieć tak dobrą wymowę, żeby inni myśleli, że jestem dwujęzyczna.

Ten cel to mega konkret- wiem, do czego będę potrzebować tego języka. Wiem, jak działać, jakiego słownictwa się uczyć. Chcę mówić „w wielkim stylu”, więc potrzebuję też dużo praktyki, jeśli chodzi o wymowę. Jeśli zależałoby mi jedynie na komunikacji, wystarczyłoby mi, aby mówić jasno. Nie potrzebowałabym brzmieć jak native. Ważne, aby mnie rozumiano. Jeśli jednak elementem mojego celu jest świetna wymowa, to już od startu powinnam to uwzględnić w moich działaniach, bo aparat mowy jest trochę jak mięsień (z część z niego to po prostu mięśnie)- potrzebuje czasu, aby przyswoić określone ruchy i układ wszystkich swoich części tak, aby wydobyć konkretne dźwięki.

Kiedy mam już tak określony plan, potrzebuję ustawić na mojej drodze kilka „base campów”, czyli kamieni milowych. To takie „stopklatki”, które pomogą mi sprawdzać, czy idę w dobrym kierunku i jak działać dalej.  

 

Małe, regularne kroki = duże efekty

Nie musisz od razu wiedzieć jak znajdziesz się na szczycie. Nauka języka to proces. Twoje działania mogą się zmieniać, tak jak i Twój cel może zmieniać nieco swoje oblicze. To dlatego, że czasem po dotarciu do konkretnej „bazy” orientujemy się, że chcemy trochę zmienić kierunek. Może się okazać, że potrzebujemy tego języka do pracy zawodowej i w związku z tym musimy zmienić naszą strategię dotyczącą słownictwa. To jak najbardziej ok.

Warto jednak zrobić sobie schemat tego, co i kiedy chcesz osiągnąć.

U mnie w kwestii hiszpańskiego było tak: po 3 miesiącach chciałam osiągnąć swobodę w rozmawianiu na różne tematy.

Miałam najważniejsze czynniki:

CZAS: 3 miesiące

SŁOWNICTWO: język ogólny

GRAMATYKA: tyle, ile potrzebuję do komunikacji, bardzo praktyczne aspekty, żadnej „sztuki dla sztuki”

JAK: konwersacje przede wszystkim, seriale, podcasty, czytanie artykułów („Espanol? Si gracias”), słuchanie muzyki

Na bazie tego w każdym tygodniu tworzyłam plan ramowy tego, co chcę zrobić. Plan oczywiście, czasem ewoluował, czasem wypełniałam go z nadwyżką, a czasem nie dałam rady go zrobić. Jedno było pewne: był on w zgodzie z moim celem i skupiałam się TYLKO na tym, co prowadziło mnie w określonym kierunku. Kiedy nie masz dużo wolnego czasu, taka selekcja jest bardzo ważna. Nie rozmieniaj się na drobne działając po omacku. Miej konkretne działania, które DOKŁADNIE pasują do tego, co chcesz osiągnąć. Z reszty zrezygnuj. Po prostu.

 

Kolumb w sumie i tak gdzieś dopłynął

Wewnętrzny spór na temat celów polega głównie na tym, że wydaje nam się, że jeśli wybierzemy języki to reszta sama jakoś się ułoży. Często prowadzi to do tego, że uczymy się kilka lat, a powiedzieć nie potrafimy zbyt wiele. Przecież dotarcie gdziekolwiek nie jest dużym sukcesem. Masz jedno życie, które naprawdę warto spędzić TAK, JAK TY TEGO CHCESZ. Jeśli Twoim marzeniem jest dany język- działaj tak, aby tego dokonać. Czasami język nie jest celem samym w sobie. Może chcesz zamieszkać w Kanadzie i tam pracować i to jest Twoje marzenie. Język będzie po prostu elementem, który Ci to umożliwi. Tak, czy inaczej potrzebujesz jasnej wizji. W przeciwnym razie będziesz dryfować jak łódeczka na jeziorze, która może gdzieś dopłynie, ale nie możesz być pewna, że tam, gdzie chcesz. Ba, możesz być pewna, że nie dopłynie tam, gdzie chcesz, bo do tego potrzebujesz wiedzieć, gdzie to miejsce się znajduje 🙂

 

Jeśli chcesz gruntownie przyjrzeć się temu tematowi, a dodatkowo poznać najbardziej skuteczne strategie nauki języków obcych, zajrzyj do kursu Language Master. Dowiesz się w nim także jak stworzyć dopasowaną strategię, czyli rozłożysz swoje działania na małe kroki. Dzięki temu będziesz mogła w ciągu kilku miesięcy zrobić większe postępy, niż inni robią czasem latami. Bo nauka języka może być prosta, wystarczy wiedzieć jak to zrobić.

 

Stawiasz sobie cele w kwestii języka obcego? Jak wygląda Twoja nauka, na czym bazujesz?

Jak uczyć się kilku języków jednocześnie- wywiad

Jak uczyć się kilku języków jednocześnie- wywiad

Nauka kilku języków na raz budzi wiele pytań.

Jest łatwiej, czy trudniej? Jak się organizować? Czy języki będą się nam mylić?

Po raz pierwszy na Planecie Języków artykuł w formie wywiadu! Wspólnie z moim gościem, Karolina, postaramy się odpowiedzieć na wszystkie te pytania!

Karolina,  właścicielka szkoły „Hiszpański i Portugalski dla Polaków Online”,, ma doświadczenie zarówno od strony ucznia, jak i nauczyciela. Dzięki temu, że część jej uczniów pracuje z dwoma językami, miałam okazję wypytać ją o to, jak taka nauka wygląda. Karolina jest także tłumaczem i metodykiem, aktualnie mieszka w Portugalii (ach, jak super!) 🙂

Odnajdziecie ją na Facebooku, Instagramie oraz na YouTube.

Weronika Planeta Języków: Karolina, bardzo się cieszę, że masz doświadczenie uczenia innych dwóch języków. Mam takie przekonanie, nie wiem, czy słuszne, że każdego języka uczy się trochę inaczej. Może mieć to także związek z tym, że kolejny język przyswajamy w nieco inny sposób.

Przed wywiadem zadałam moim czytelnikom w mediach społecznościowych pytanie, co najbardziej nurtuje ich w kwestii nauki kilku języków. Najczęściej powtarzającym się pytaniem było, czy nauka kilku języków ułatwia, czy utrudnia postępy? Jakie jest Twoje zdanie?

Karolina: Myślę, że zależy to od tego, z jakiej grupy są te języki. Najwięcej mogę powiedzieć na temat grupy romańskiej. Znajdują się tam na przykład hiszpański, portugalski, włoski, czy francuski. Swoją przygodę z hiszpańskim zaczęłam w liceum. Zdałam maturę, a że moją pasją zawsze były języki, zdecydowałam się na iberystykę. Do wyboru miałam oczywiście hiszpański oraz portugalski i włoski. Zdecydowałam się na ten pierwszy.

Nauka kilku języków to duża przygoda. Jeśli uczący się wybiera np. hiszpański i portugalski to znajdzie wiele podobieństw. Trudniejszym aspektem może być wymowa, która faktycznie jest bardzo różna. W hiszpańskim wymowa jest podobna do pisowni, a w portugalskim mamy dużo „szeleszczenia”. Może to być wyzwaniem, mimo, że posiadamy te dźwięki także w naszym języku. Ja zawsze zachęcam uczniów do odwiedzenia kraju, którego języka się uczą. Obcowania z żywym językiem nie da się zamienić na nic innego.

Kiedy zaczynać kolejny język?

Weronika Planeta Języków: Mam pewną teorię, którą chciałabym z Tobą skonfrontować. Ja to praktykuję i świetnie mi się sprawdza. Kiedy mamy chęć na naukę kilku języków, ja najpierw rozpoczynam jeden, docieram do poziomu komunikatywnego . Tak, abym swobodnie mogła się „dogadać”. Następnie startuję z kolejnym. Przez takim poziom rozumiem nie lata nauki, lecz zaangażowanie przez 3 miesiące i osiągnięcie swobody w większości codziennych sytuacji.  Po dodaniu nowego języka „podtrzymuję” ten pierwszy. Idę stale do przodu, choć z mniejszą intensywnością. Wydaje mi się, że zabieranie się za dwa języki od zera jednocześnie jest dużo większym wyzwaniem. Dużo lepiej to rozłożyć (choć w czasie to nie jakaś ogromna różnica) i poznawać ten język także na zasadzie analogii i różnic. Myślisz, że to wspiera, czy lepiej skakać na głęboką wodę?

Karolina: Myślę, że to zależy od osoby. Moja przygoda zaczęła się od hiszpańskiego i po 3 latach doszłam do poziomu B1. Na studiach zaczynaliśmy dwa języki od poziomu A. Dla mnie to było super, bo portugalski był nowy, a hiszpańskim był czymś znanym i łatwym. Na moim roku były też osoby, które zaczynały oba te języki na raz i widziałam, że było to dla nich ciężkie. Musieli się dobrze gimnastykować, aby być przygotowanym na każde zajęcia. Popełniali też dużo więcej błędów, zwłaszcza w wymowie.

Teraz, mając to doświadczenie i ucząc moich uczniów portugalskiego i hiszpańskiego od zera, robimy tematy w odbiciu lustrzanym. Jeśli omawiamy dany temat, np. czasowniki ser i estar w hiszpańskim, to także w portugalskim. Uczniowie muszą być dobrze zorganizowani, notatki robić przejrzyście, dodawać wykrzykniki i kolory, aby zwrócić uwagę na różnice pomiędzy językami.

Kto tu zarządza?

Weronika Planeta Języków:  Jak pewnie wiesz, ja jestem wielkim zwolennikiem nauki samodzielnej. Nie oznacza to braku lektora, czy konwersacji, ale samodzielne planowanie i dobieranie tematów do swoich potrzeb.Twoim zdaniem kto bardziej powinien czuwać nad tym, co kiedy przerabiamy- lektor, czy uczeń?

Karolina: To zależy od tego, do czego ten język jest uczniowi potrzebny. Jeżeli to jego hobby, to daję większą możliwość wyboru. Ten sam temat można przerabiać na różne sposoby. Na przykład czasownik ser i estar (być) możemy omawiać na przykładzie domu i tego, co gdzie się w nim znajduje lub opisując osoby, bądź w tematach biznesowych. Ja daję uczniom możliwość wyboru, bo dla mnie nie ma to znaczenia- w moim planie metodycznym jestem przygotowana na dany element gramatyki, niekoniecznie w konkretny sposób. Myślę, że uczeń może uczyć się swoim planem, ale warto także ufać lektorowi i dać się poprowadzić. Nie wiem, jakie są Twoje doświadczenia?

Weronika Planeta Języków: Jako uczeń nie jestem chyba łatwa do współpracy (śmiech).  Specjalizuję się w skutecznej nauce i mam bardzo konkretną strategię, a od lektora potrzebuje jedynie mówienia, ponieważ o pozostałe tematy troszczę się sama. Nie oznacza to oczywiście, że podczas konwersacji nauczyciel nie poprawia mnie i nie tłumaczy na bieżąco.

Myślę, że ważne jest omówienie oczekiwań i jasne stawianie sprawy: jeśli potrzebujesz prowadzenia krok po kroku niech Twój nauczyciel o tym wie. Ja zawsze na pierwszych zajęciach mówię, co jest dla mnie ważne i wtedy mamy jasne zasady współpracy. Myślę, że lektor w ogóle nie jest łatwym uczniem, ale najważniejsze, aby się po prostu dogadać. Z drugiej strony osoba bez doświadczenia z językami płaci nauczycielowi także właśnie za to prowadzenie, więc jest to jak najbardziej ok.

Jak organizować naukę kilku języków?

Wróćmy do praktyki: jeśli uczysz się kilku języków na raz jak to zorganizować? Tak, aby niepotrzebnie nie komplikować i zadbać o progres?

Karolina: Ważne są dobrze zrobione notatki, kolory, fiszki etc. Wracając do czasów studiów- mój zeszyt wyglądał jak tęcza. Mapki, kolory, dobra organizacja. Notatki to jest podstawa. Fajną opcją są też zajęcia grupowe online. Kiedy masz motywującą grupę, nauka wygląda zupełnie inaczej. Jeśli chodzi o słownictwo ważne jest korzystanie z różnych źródeł, słuchanie muzyki, oglądanie filmów. Przede wszystkim nie stresować się i działać trochę spontanicznie i robić to, na co mamy chęć.

Weronika Planeta Języków:  Chciałabym Cię jeszcze dopytać o jedną bardzo istotną kwestię. Czy podchodzisz inaczej do uczenia się np. portugalskiego i hiszpańskiego niż niemieckiego i chińskiego?  Mamy tu języki zbliżone do siebie, a w drugim przypadku zupełnie różne rodziny języków, kultura.

Karolina: Na pewno zależy to od motywacji i czasu. Jeżeli poświęcam czas tylko i wyłącznie na naukę języka na pewno da się to połączyć. Pracując i mając ograniczony czas zdecydowałabym się najpierw na jeden język i pewnie byłby to niemiecki.

Weronika Planeta Języków: Wróćmy jeszcze na moment do organizacji. Mam jeszcze jedno przekonanie, które chciałabym z Tobą omówić. Myślę, że ucząc się kilku języków warto robić tzw. „dni języka”. Niedawno odpowiadałam na pytanie jednej z moich czytelniczek, która uczy się czterech języków, jak się organizować. Zasugerowałam, aby planować konkretne języki w konkretne dni, aby nie wprowadzać dużo zamętu. Wtedy np. poniedziałek jest dniem francuskiego, wtorek niemieckiego, środa włoskiego, a piątek angielskiego. Chodziło mi oto, aby przeplatać je tak, aby dzień po dniu nie następowała ta sama rodzina językowa, po to, aby nie wprowadzać chaosu i skłonności do pomyłek. Myślisz, że to pomaga, czy nasz mózg, który przecież elastycznie porusza się pomiędzy językami, nie widzi tutaj dużej różnicy?

Karolina: Myślę, że ma to sens, szczególnie na początku. Mózg wtedy przyzwyczaja się do rutyny, choć czasami warto też ją przełamać i zrobić na przykład dzień wszystkich języków. Na studiach mieliśmy dwa języki na raz i na pierwszym roku było to trudne i dosyć męczące. Jednak na drugim i trzecim byliśmy już przyzwyczajeni i nie było to żadnym problemem. Sądzę, że na początku warto to oddzielać, później jednak mieszanie może przynosić lepsze rezultaty.

Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka

Weronika Planeta Języków: Powiedziałaś super ważną rzecz, o której myślę, że mówi się stanowczo za mało: zawsze potrzeba czasu, aby się do czegoś przyzwyczaić. U jednych może to być krócej, u innych dłużej, ale jest to zupełnie normalne. Często na początku, kiedy nam coś nie wychodzi następuje spadek motywacji. Towarzyszy temu zwątpienie i zadajemy sobie pytania „czy na pewno dam radę” albo wręcz stwierdzamy „ja się do tego nie nadaje”, „innym idzie to lepiej” i temu podobne. Wiadomo, gdy coś nie idzie po naszej myśli i może to być trudne, ale gdy przetrwamy ten czas, wszystko zaczyna się składać w jedną całość. Przykładowo, wprowadzając nowy temat gramatyczny i uczniowie im dalej w las, tym mniej rozumieją, ja zawsze śmieję się, że to dobry objaw. Po chwili przerwy te wszystkie informacje zaczynają się osadzać w głowie i krok po kroku wszystko się rozjaśnia. Myślę, że świadomość tego pomaga się motywować.

Karolina: Tutaj ważną rolę ma także lektor. Kiedy przychodzi moment „O, to już wiem” uczeń może go złapać lub nie. Lektor powinien to zauważać i zwracać uczniowi na to uwagę. Słowo pochwały jest naprawdę przydatne. Czasem znów bardziej motywuje krytyka i to także jest rola lektora.

Weronika Planeta Języków: Masz rację, że na każdego działa coś innego. Myślę, że w ogóle warto jest to sprawdzić, co nas motywuje. Według badań niektórzy z nas charakteryzują się tzw. „motywacją do”, czyli na przykład tym, co mogą osiągnąć, inni znów „motywacją od”, czyli tym, co im grozi, jeśli czegoś nie zrobią. To ważne o tyle, że jeśli Twoja motywacja to typ „od”, a ciągle dajesz sobie komunikaty odwrotne, czyli na przykład co dobrego cię czeka na końcu drogi, nic dziwnego, że ciężko Ci się zmotywować. Kiedy wiesz, jak jest u Ciebie możesz dopasować do tego swoje działania.

Karolina, dobijamy już powoli do brzegu i mam dosyć zabawne pytanie na koniec: czy często zdarza się, że ludzie mieszają języki podczas mówienia. Chodzi mi o sytuacje, kiedy z pełnym przekonaniem używasz na przykład słowa niemieckiego w zdaniu hiszpańskim i nawet tego nie zauważasz, jeśli ktoś nie zwróci Ci uwagi. Może w przypadku hiszpańskiego i portugalskiego jest to jeszcze częstsze.

Karolina: Tak. Nawet mnie się to zdarza, szczególnie jeśli mam jedne zajęcia po drugich. To zdarza się nawet po polsku, wtrącamy przecież duży anglicyzmów. O ile rozmawiamy z koleżanką lub kolegą to ok, ale podczas rozmowy z babcią nie ma już pewności, że to będzie dla niej jasne. Zabawnie jest także na przykład na spotkaniach nauczycieli, gdzie często brakuje nam polskich słów i używamy zwrotów hiszpańskich, ale też wiemy, że każde to zrozumie.

To, co podoba mi się w hiszpańskim to fakt, że Hiszpanie uciekają od obcych słów w swoim języku i tłumaczą dosłownie wszystko, np. zamiast mówić hot dog, co w wielu krajach jest zupełnie naturalne, mówią perrito caliente. Nie powiedzą jeansy, lecz vaqueros. To mi się podoba i u nas w języku polskim też by się przydało J

Myślę, że ucząc się kilku języków to naturalne, że czasem po prostu przychodzi nam na myśl słowo w innym języku i nawet o tym nie wiemy.

Weronika Planeta Języków:  Mnie ciekawi to pod względem pracy mózgu. Ja czasem podmieniam słowa w językach, która właściwie do siebie nie pasują. U mnie pojawia się to w przypadku portugalskiego i bułgarskiego. Często mówiąc po bułgarsku używam portugalskich słów, mimo tego, że te języki nie należą do tej samej grupy, ani też nie brzmią podobnie. Najczęściej orientuję się o tym, kiedy ktoś patrzy na mnie jak na przybysza z Marsa i dopiero wtedy dociera do mnie co powiedziałam. Co ciekawe, nie mieszam np. angielskiego i portugalskiego, czy niemieckiego i hiszpańskiego.

Karolina: Moi uczniowie często mieszają hiszpański z niemieckim. Ostatnio usłyszałam zwrot „Vamos zusammen”. Mam też taką uczennicę, która zawsze na hiszpańskie pytanie „Como estas?” odpowiada „Multo bene” (śmiech) 

Myśle też, że Polacy uczą się wielu języków i ich nauka idzie nam bardzo dobrze i z tego się cieszę.

Weronika Planeta Języków: I myślę, że to jest bardzo fajne podsumowanie naszej rozmowy. Ten, kto już kiedyś pogadał z obcokrajowcem w jego języku wie, jaka to adrenalina i radość 🙂

Myślę, że to jest to, dlaczego się uczymy! Bardzo Ci dziękuję za dzisiejszą rozmowę. Zapraszam Was do odwiedzenia Karoliny w social mediach, więc podrzucam jeszcze raz linki do wszystkich kanałów Karoliny.

 

Facebook

Instagram

YouTube

Hiszpański i portugalski online

 

Uczysz się kilku języków czy na razie jednego? Jaka jest Twoja strategia? Najważniejsze dyskusje zawsze toczą się w komentarzach, więc daj znać, jak to jest u Ciebie! 🙂

 

 

 

Po 8 tygodniach, czyli hiszpański challenge update #2

Po 8 tygodniach, czyli hiszpański challenge update #2

Minęło już 8 tygodni od startu mojej przygody z hiszpańskim.

Energia do działania coraz większa i śmiechu na konwersacja też coraz więcej.

To już ten poziom, że zdarza mi się mówić jak z karabinu, żeby potem zamilnąć i wybuchnąć śmiechem, bo się zacięłam 🙂

Pokazuję więc, co robiłam przez ten czas i jak Ty też możesz zrobić to samo!

 

W paszczy lwa, czyli piąty tydzień i czasy przeszłe

Piąty tydzień przyniósł mi potrzebę zmierzenia się z przeszłością w bardzo praktycznym tego wymiarze.

Na konwersacjach formy przeszłe przewijały się już od jakiegoś czasu (swoją drogą ciekawe, że mamy taką skłonność do mówienia o przeszłości 😉 ). Uznałam, że najwyższy czas jakoś to uporządkować. Postanowiłam zadziałać wbrew temu, co mówi większość nauczycieli, czyli przerobić trzy czasy przeszłe na raz. Dlaczego? Bo właśnie tych czasów przeszłych już zdarzyło mi się niezdarnie użyć i to je ciągle słyszałam w serialach. Robienie ich pojedynczo wydawało mi się bez sensu. Teraz z perspektywy kilku tygodni jestem z tej decyzji zadowolona, choć wiem, że wśród wielu wzbudza ona kontrowersje.

Tak wyglądał mój tydzień 5:

            

 

 

 

 

 

 

 

 

Może się wydawać, że mamy tutaj wielki miks: ser + estar oraz czasy przeszłe? Przecież to zupełnie inne etapy. Może tak, może nie. Dla mnie w gramatyce najważniejszą zasadą jest to, żeby uczyć się jej wtedy, kiedy jest Ci potrzebna do mówienia. Obserwując moje konwersacje zobaczyłam, że to są elementy, które w danym momencie są dla mnie kłopotliwe. Więc postanowiłam je przerobić. To taki element prostoty językowej- rób to, czego potrzebujesz. Każdy z nas dociera do innego etapu w innym momencie. Dlatego samodzielna nauka jest tak dobra-robisz wszystko w najlepszym dla siebie momencie. Ja tam działam i przynosi mi to świetne efekty. Ciebie też do tego zachęcam 🙂

Jeszcze jedna ważna kwestia tutaj: zauważ, że na tym etapie zrobiłam podstawy, czyli przejrzałam te czasy, zobaczyłam jak i kiedy się ich używa. Zupełnie nie jest to równoznaczne z okiełznaniem wszystkich form (na serio jest ich sporo!) oraz płynnego ich używania. Po tym tygodniu miałam już lepszy pogląd na to, z czym to się je. I o to mi chodziło 🙂

 

Trudno okiełznać przeszłość, czyli tydzień 6

 

W szóstym tygodniu przeżyłam, hm, spotkanie ze ścianą. Im bardziej wchodziłam w las czasów przeszłych, tym było ciemniej 😉 To naturalny element, jeśli skacze się na głęboką wodę i przerabia więcej tematów na raz. Na początku pojawia się wtedy duży chaos, jeśli chodzi o formy. To kwestia tego, że o ile rozumiesz jak użyć danego czasu (choć i tutaj zdarzają się wpadki), to dobranie odpowiedniej formy z całego ich gąszczu… jest trudniejsze 🙂 w kolejnych tygodniach wszystko zaczyna układać się w całkiem zgrabną całość. Etap Wielkiej Konfuzji należy… przetrwać. I nie poddawać się.

Fajną techniką jest tutaj szukanie określonych czasów w tekstach czytanych oraz podczas słuchania. To ogromna satysfakcja, to po pierwsze, a dodatkowo pokazuje “życiowe” sytuacje, w których się ich używać. Mózg zaczyna także coraz bardziej kodować formy. Jak to robić? Po prostu: siadasz na przykład do serialu z taką intencją, że będziesz zwracać uwagę na formy przeszłe. Wiadomo, zdarza się odpłynąć, ale na pewno zauważa się więcej, niż w normalnym trybie i na tym to polega.

Co jeszcze działo się w tym tygodniu?

       

Działałam z książką “Hiszpański nie gryzie”, która jest uporządkowana tematycznie- to naprawdę mi sprzyja. Sporo ćwiczeń, słowniczki- taka nauka-nie-nauka, bo książka jest naprawdę ciekawa. Ja siadam sobie zazwyczaj wieczorem i po prostu relaksuję się z określonym rozdziałem. Jednak trzeba pamiętać, że uzupełnianie ćwiczeń jest definitywnie mniej efektywne, niż praca twórcza. Dlatego znalazło się tutaj także napisanie opowiadania w czasie przeszłym (którego w końcu nie zrobiłam w tygodniu szóstym, tylko później- przyznaję się). Pisząc samodzielnie całość mózg angażuje się zupełnie inny sposób i dużo intensywniej. Często efekty napisania jednego opowiadania są dużo lepsze niż zrobienie pięciu ćwiczeń. Zasada jest wciąż ta sama: im bardziej to, co robisz angażuje mózg, tym szybsze postępy.

Innym przykładem pracy twórczej jest samodzielne tworzenie fiszek, które nijak nie równa się czytaniu tych gotowych. Ja w szóstych tygodniu skupiłam się na nieregularnych formach przeszłych. Dobra zabawa podczas robienia i przede wszystkim ograniczasz tym ilość powtórek, które dla wielu są po prostu męczarnia. Zresztą, sprawdź sama 🙂

 

Porządkowanie przeszłości ciąg dalszy, ale … zaczyna to jakoś wyglądać

W siódmym tygodniu (i w kolejnych zresztą także) to przeszłość będzie dalej na tapecie. Już nie w takim stężeniu, ale jednak. Nawet teraz pisząc to po kolejnych tygodniach nauki mówię to szczerze: dalej nie uważam tego procesu za zakończony, ale czuję się z tym ok. Każdego dnia mam więcej pewności w tej kwestii. To naprawdę duża radość, kiedy intuicyjnie dobieram czas i jeszcze utrafię formę 🙂

Z moich planów zobaczysz jednak, że przeszłość zajęła znacznie mniej czasu, niż poprzednio:

 

        

 

Do gry wkroczyła też książka “Hiszpański. Niezbędne zwroty i wyrażenia”, z którą fajnie mi się pracuje. Tutaj także mamy uporządkowanie tematyczne i cały szereg zwrotów, które w danych temacie mogą Ci się przydać (często więcej niż jeden zwrot na daną sytuację). To dobre rozwiązanie, bo pomaga w rozumieniu. Nie sztuka nauczyć się jednego zwrotu, a potem gdy ktoś powie to w inny sposób strzelać w ogłupieniu oczami na boki. Dodatkowo, można jej używać, kiedy np. wybierasz się coś załatwić do urzędu, albo czeka Cię rozmowa przez telefon. Masz tutaj cały szereg tego, co możesz oczekiwać 🙂

Poza tym fiszki, powtórki i konwersacje. Samo dobro! 🙂

Mijają 2 miesiące z hiszpański i mały spadek formy

W kolejnym tygodniu dopadła mnie jakaś choroba, więc w osłabieniu odpuściłam poniedziałek. Postanowiłam jednak nie odwoływać konwersacji, wychodząc z założenia, że skoro mniej pracuje, mogę sobie na to pozwolić. Nadgoniłam za to mocno słuchanie, bo leżąc w łózku puszczałam sobie namiętnie podcasty oraz Velvet. Ponieważ zależało mi na “lekkości” w tym tygodniu, postanowiłam poświęcić tylko jeden dzień na gramatykę, a reszta to już typowe przyjemności- Hiszpański nie gryzie i powtórki słówek z konwersacji. 

Generalnie robienie notatek po konwersacjach nie należy do moich mocnych stron i w kolejnych tygodniach rozwiążę tą kwestię inaczej. O tym jednak opowiem Ci już w kolejnym, ostatnim wpisie hiszpańskiego challengu 🙂

Tydzień ósmy wyglądał więc tak:

        

Wpadła w moje ręce nowa książka do gramatyki od Eleny, która jest absolutnie godna polecenia. Zawsze byłam zdania, że warto uczyć się z książek rodzimych wydawnictw, szczególnie w kwestii gramatyki i tutaj znów się to potwierdziło. Można ją kupić w Polsce bez problem, na przykład w księgarni Tania Książka. 

Podsumowując:  staram się odpuszczać konwersacji. Wiem, że się powtarzam, ale KONWERSACJE SĄ NAJWAŻNIEJSZE. Nie ma wyjątków od tej reguły 🙂

Druga sprawa to różnorodność- im większa tym lepiej, ale nie chodzi o to, żeby zrobić ze swojej nauki Meksyk, tylko, aby dawać mózgowi różne bodźce. Warto to rozplanować merytorycznie (np. specjalnościami typu: gramatyka, mówienie, pisanie, czytanie, słuchanie), a następnie szukać jak w obrębie tych aktywności dać sobie różnorodne doświadczenia. W ten sposób pracujesz w określonych schemacie, a jednak różnorodnie 🙂

Jak Twoje wyzwania językowe? Co się zmienia? Jak planujesz?

Niebawem startuje wyzwanie #w2019nauczesiejezyka– jesteś już na pokładzie?

 

 

 

Chcesz się nauczyć języka obcego? Na pewno?

Chcesz się nauczyć języka obcego? Na pewno?

Dziś mam dla Ciebie wpis, którego zadaniem jest wyjąć Twój mózg z czaszki, odwirować, strzepnąć i umieścić go tam z powrotem 🙂

Wpis, którym chcę Ci pokazać perspektywę inną, niż to, że nauka języka to podręczniki, kursy językowe i ćwiczenia z gramatyki.

Ba, wpis, który śmiem twierdzić, że może na tyle zmienić Twoje podejście, że w #w2019nauczyszsiejezyka.

Bo zmiana perspektywy ma właśnie taką moc.

Słowa, słowa, słowa

Ktoś kiedyś powiedział, że ludzi dzieli się na tych, którzy dużo robią i tych, którzy mówią, że dużo robią. Nie udało mi się znaleźć autora tych słów, ale jest w nich naprawdę dużo prawdy. Przecież w końcowym efekcie naszych działań liczy się to, co zrobiliśmy, a nie to, co planowaliśmy, o czym opowiadaliśmy i jakie wrażenie robiliśmy na innych.

W nauce języka jest dokładnie tak samo- nie potrzebujesz mówić o tym, że się uczysz, potrzebujesz wdrażać te działania w życie. Nie jestem w stanie opisać swojego zdziwienia, kiedy ktoś mówi mi, że uczy się języka na przykład 3 lata, ale nic nie potrafi powiedzieć. Graniczy to z cudem! Oczywiście, siedzę w tym temacie już prawie 10 lat, więc wiem dokładnie, że nauka nauce nierówna. To jednak nie to powoduje moje zdumienie. Nadziwić się nie mogę, że ktoś chce przez 3 lata zaprzątać sobie głowę tematem, w którym przez cały ten czas nie widzi praktycznie żadnego progresu! Tak, to brzmi mocno. Bo jest to mocne. Jeśli przez trzy lata podejmujesz mniej, lub bardziej skoordynowane działania i nie widzisz efektów to masz dwa wyjścia: albo zacznij to robić porządnie (może Ci w tym pomóc GPS skutecznej nauki oraz Language Master), albo… przestań to robić w ogóle, bo życie jest za krótkie, aby tracić czas.

 

Chcesz się nauczyć, czy chciałbyś już umieć?

Kiedy podejmujemy decyzję o tym, żeby nauczyć się nowego języka, zdarza się, że jej podjęcie jest trochę… dziecinne. Podejmujemy decyzję dlatego, że chcielibyśmy już “być w ogródku i witać się z gąską”, ale nie koniecznie chcemy przebyć trasę, która nas od tego ogrodu dzieli. Stawiając sobie jakikolwiek cel dobrze jest zdać sobie sprawę, że aby go osiągnąć potrzebujemy podjąć konkretne kroki i DZIAŁAĆ. Dodatkowo, być może niektórych elementów naszego życia będziemy się musieli przy tym pozbyć (np. wieczory przed telewizorem potrzebujemy zamienić na słuchanie w obcym języku i konwersacje). Być może będziemy musieli wyjść poza strefę naszego komfortu i przestać chować się za wygodnym “nie mam na to czasu”, uruchomić kreatywność, zneutralizować lenia i po prostu wyznaczyć konkretne pory tego, kiedy będziesz pracować nad osiągnięciem celu.

Każdy wyznaczony przez nas cel ma także pewną cenę (nie, nie mam tutaj na myśli waluty San Escobar, tylko prawdziwą cenę 🙂 ). Cenę, którą płacimy za sukces- to może być rezygnacja z części czasu z rodziną, może spanie o godzinę krócej, aby udało się umieścić w Twoim grafiku konwersacje, albo rezygnacja z pójścia na kawę z przyjaciółką, bo zaplanowaliśmy wtedy inne działanie. Wiadomo, możemy skusić się na kawę i zmienić nasz plan, bo przecież “raz- nie zawsze”. Jeśli pozwolimy na to, aby takie sytuacje zdarzały nam się coraz to częściej, to trochę tak, jakbyśmy sami bojkotowali swoje własne działania. Zdziwiłabyś się, ilu moich klientów posiadało wyjątkową zdolność takiego “samosabotażu”. Co jeszcze ciekawsze, powodem tych “przeciwności losu”, które pojawiały się na ich drodze najczęściej był… strach.

 

Ten, co ma wielkie oczy, ale nic nie widzi!

Strach, a właściwie, aby psychologicznym teoriom stało się zadość, powinnam tu użyć słowa “lęk” posiada wyjątkową umiejętność podkopywania naszej pewności siebie i zasiewania w nas ziarna o nazwie “czy to na pewno ma sens?”.

Czego najbardziej obawiają się osoby uczące się języka obcego?

Że się im nie uda. I wtedy będzie czarno na białym, że się nie nadają i stracili czas. Więc bezpieczniej jest po prostu nie działać, albo działać “na pół gwizdka”, bo przynajmniej gorzki zawód, który potencjalnie może nas czekać będzie łatwiejszy do przełknięcia. Nie zaangażowałam się zbyt mocno= no trudno, nie udało mi się.

O ile to lepsze, niż powiedzenie “DAŁAM Z SIEBIE WSZYSTKO I NIE PODOŁAŁAM!”. To dopiero straszne.

Najciekawsze jest jednak to, że przez blisko 10 lat pracy z językami nigdy nie usłyszałam takiego tekstu. A to dlatego, że kiedy coś z siebie dasz  i zrobisz to z głową Twoje wyniki są naprawdę dobre (a jeśli choć trochę mnie już poznałaś to wiesz, że ja nie jestem fanem “dawania z siebie wszystkiego”, a raczej “dawania wystarczająco dużo” 🙂 ).

Jeśli mądrze zaplanujesz proces nauki, a potem go wykonasz i to wcale nie nadludzkim wysiłkiem to … NAUCZYSZ SIĘ. Ten lęk, który się w nas czai jest mało racjonalny- gdzieś tam w głębi boimy się, że możemy nie podołać, ale przecież nie jesteśmy samotnymi wyspami. Każdy uczący się języków ma swoje wzloty i upadki, momenty większej lub mniejszej motywacji, czasem bardziej lub mniej zajęty grafik. I chodzi właśnie o to, aby jak najlepiej wykorzystywać ten potencjał. Sami decydujemy o tym, czy podołamy, czy nie, bo na nasz sukces wpływa nie tylko ten jeden dzień lub te konkretne konwersacje.

Jeśli jednego dnia nie wychodzi, to wyjdzie drugiego. 

Jeśli jednego dnia zupełnie nie miałam czasu, to zrobię mój plan w kolejny dzień.

Jeśli dzisiaj na konwersacjach nieprzyzwoicie się sfafluniłam, zamiast utworzyć piękną wypowiedź to… jutro też jest dzień. 

Najważniejsze to…

Nie poddawać się 🙂 

I decydować prawdziwie, ze świadomością ceny naszej wygranej. Aby się zmienić, musimy się zmienić. Brzmi banalnie, ale tak często chcemy, aby coś się zmieniło, kurczowo trzymając się aktualnej sytuacji. Wtedy jest trudno, męcząco i boleśnie. 

A jak to kiedyś mądrze powiedział Heraklit z Efezu “Jedyną stałą w życiu jest zmiana”. Ona i tak nadejdzie, a czy Ty chcesz się wtedy miotać w niepewności i poczuciu porażki, czy być o krok bliżej swojego celu? 🙂

P.S. Jeśli zaczynasz naukę nowego języka, lub po prostu chcesz zacząć na nowo i z głową, zajrzyj do GPS skutecznej nauki języka. Stworzyłam go z myślą o osobach, którą chcą działać z sensem 🙂 

 

Wszystkiego językowego!

Po 4 tygodniach, czyli hiszpański challenge update #1

Po 4 tygodniach, czyli hiszpański challenge update #1

Aż trudno mi uwierzyć, że minęły już 4 tygodnie od startu hiszpańskiego challengu. Z dwóch powodów.

To z jednej strony tak szybko i nie wiem, kiedy i jak uciekły te dni.

Z drugiej strony: mówi mi się tak dobrze, że nie wierzę, że to tylko miesiąc! Jednak regularne, małe kroki naprawdę się opłacają.

 

Nie wiem, co robić, czyli klasyczny tydzień pierwszy

Pierwsze ułożenie planu tygodniowego może się wydawać dosyć trudne. Przecież praktycznie nic nie wiemy o danym języku. Zastosowałam więc prosty schemat, którego uczę w Language Master- rób to, co przygotuje Cię do mówienia od razu. W drugim tygodniu chciałam zacząć konwersacje, więc było to jasne- mam zrobić wszystko, co dam radę, aby na tych konwersacjach cokolwiek powiedzieć. Postawiłam więc na podstawy podstaw, które pozwolą mi “przegadać” pierwsze pół godziny. Plan wyglądał następująco:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Postanowiłam oczywiście ogarnąć “niezbędnik” (mówię o nim więcej w tym odcinku podcastu oraz tym poście) oraz podstawowe czasowniki i rzeczowniki + intro do gramatyki. Wszystko to z kanału Spanish Pod 101 na YouTube. Do tego dodałam stały element dnia w formie słuchania przez minimum 15 minut. Nie przejmuj się, jeśli na początku nie masz pojęcia o czym mówią. Ten etap słuchania służy raczej do tego, aby złapać melodię, może wyłapać jakieś pojedyncze słowa (na przykład przypadku takie, które np. mogły paść w piosenkach Enrique Iglesiasa 😉 ). To nie etap rozumienia i jest to ok. Mimo to, warto słuchać regularnie- zdziwiłbyś się jak bardzo pomaga to później. Przede wszystkim przyzwyczaja to Twój mózg do języka na poziomie biologicznym– dźwięki stają się “znajome”, nie czujesz jakby mózg miał eksplodować, kiedy po raz pierwszy masz coś powiedzieć, bo język jest już trochę oswojony. Z każdym kolejnym dniem wyłapujesz już więcej.

Ja w pierwszym tygodniu słuchałam podcastów “Habla español”, dla osób uczących się hiszpańskiego. Ich twórca mówi najwyraźniej na świecie. Serio. Mogłam bez problemu wyłapać trochę podstawowych słów i uważam, że na start materiały, które są dostosowane do osób uczących się są lepszym rozwiązaniem. Można także słuchać radia lub TV, ale tutaj mamy dużo mniejszą szansę wyłapywania słów, co może być zniechęcające. Na starcie każdym mały sukces jest na wagę złota z punktu widzenia psychologii nauki języka. Aż pisnęłam z radości po usłyszeniu pierwszego “mañana” 🙂

 

Jest ok, czyli typowy tydzień drugi

W drugim tygodniu nadeszły pierwsze konwersacje i tutaj warto się na moment zatrzymać. Moje doświadczenia z konwersacji są takie: naprawdę warto poświęcić chwilę na wybór odpowiedniej osoby. Ja korzystam z Italki, serwisu, w którym znajdziesz tysiące lektorów z różnych krajów. Sortujesz ich sobie po języku nauczania i … tutaj się zaczyna 🙂

Lektorzy mają w swoich profilach krótkie filmy, w których się przedstawiają. To naprawdę ważne, żeby je przejrzeć i nie myśleć za dużo. Dlaczego? Bo żeby mieć motywację, musisz LUBIĆ osobę, z którą rozmawiasz. Po prostu. Dlatego nie jest aż tak ważne, czy ta osoba ma takie, czy inne kwalifikacje (mowa przecież o nativach, więc co jak co, ale język to oni znają!) lub czy ma fajny T-shirt. Jeśli czujesz pod skóra, że to osoba, która nadaje na podobnych falach to po prostu spróbuj. Akurat na Italki sporo lektorów ma bezpłatną lekcję próbną. Czasem jest ona płatna, ale w dużo niższej cenie. W ten sposób możesz sprawdzić, jak pracuje Ci się z wybraną osobą. Z lektorem jak z miłością, jak się ją czuje, to się o tym wie, a jak się nie jest pewnym, to pewnie jej nie ma 🙂

Mówię Ci to na swoim przykładzie- wcześniej miałam na Italki zajęcia z pewną miłą Portugalką, ale jak ktoś mnie pytał jak mi się z nią pracuje, to zazwyczaj mówiłam “Jest bardzo fajna, bardzo profesjonalna”. “Tak, to dobra osoba do uczenia innych”. “Jest w porządku, docieramy się”. Jak pewnie się domyślasz, nie mamy już zajęć 🙂

Po prostu po kilku zajęciach nie bardzo było o czym gadać, temat wiadomo, zawsze się znajdzie, ale te rozmowy było mało… ciekawe 🙂

Dlatego pierwsza zasada wyboru lektora brzmi tak: znajdź kogoś, kogo na serio polubisz i z kim będzie Ci się fajnie rozmawiało. To da Ci motywacje i przyjemność z zajęć.

Co jeszcze działo się w drugim tygodniu?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z całego tego programu nie udało mi się tylko zrobić 25 topowych fraz. Nadgoniłam je w kolejnym tygodniu, ale szczerze mówiąc… Nie było warto 🙂 te frazy to były same “dzień dobry”, “dobranoc” i tego typu słowa. Doszłam zatem do wniosku, że jeśli czasem coś układa się w określony sposób to warto odpuścić, a nie na siłę dążyć do “wyrobienia planu”. Najważniejsze są konwersacje i tutaj zdania nie zmienię 🙂

 

Trochę mi się nie chce, czyli witaj w trzecim tygodniu

W trzecim tygodniu nastąpił mały kryzys. Czas skurczył mi się wyjątkowo i zaczęło się to odbijać na mojej motywacji. Początek był klasyczny- im mniej czasu, tym więcej stresu. A stres raczej nie pomaga. Zaczęłam więc trochę się wkurzać na… hiszpański 🙂 

Był on dodatkową rzeczą, która dodawała mi stresu, ze względu na to, że naprawdę miałam dużo spraw. Mogło to być związane także ze słabszą formą- w kolejnym tygodniu miałam się rozchorować, ale o tym jeszcze wtedy nie wiedziałam. Niemniej jednak wszystkie te czynniki sprawiły, że… mniej mi się chciało.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Bo chcę, żebyś wiedziała, że to normalne. I najzupełniej ok. Czasem tak się zdarza i wtedy warto na przykład zrewidować swoje plany tak, aby umieścić w danym tygodniu więcej językowych przyjemności. Chodzi o to, aby postarać się utrzymać kontakt z językiem, ale nie przymuszać się. Trąbię o tym wszem i wobec, że podejście jest kluczowe (więcej o budowaniu odpowiedniej postawy mówię w kursach GPS oraz Language Master). Dlatego nie zarzynaj się, lepiej zrobić mniej, ale zachować pozytywne nastawienie.

Jak to wyglądało u mnie?

Odpuściłam jeden dzień, sobotę oraz nie zrobiłam fiszek z konwersacji. Trudno. Oglądałam za to więcej “Las chicas del Cable” w ramach słuchania. Sprawiało mi to przyjemność i po całym wypełnionym dniu chciałam się po prostu zresetować. Oglądałam więc coś, co mnie odpręża (mega ten serial polecam, to taka fajna dziewczyńska propozycja), ale nadal miałam szansę posłuchać pięknego hiszpańskiego.

Dodało mi to też otuchy- przypomniałam sobie, że nie bez powodu się w tym języku zakochałam i słysząc go w takich “naturalnych” warunkach od razu wracała mi ochota, żeby go poznać i osiągnąć taką płynność jak bohaterki filmu 🙂

W trzecim tygodniu miała miejsca jeszcze jedna ważna rzecz: ustalałam strategię pod to, czego wiem, że nie wiem 🙂 

O co w tym chodzi? Po tygodniu konwersacji widziałam już przykłady rzeczy, w których ciągle popełniam błędy. To raczej łatwe do zauważenia, gdyż jak nie umie się powiedzieć prawie nic, to często powtarza się to samo 🙂 i wtedy tym wyraźniej widać, jeśli czegoś nie wiem. U mnie była to różnica między “muy” i “mucho” i oczywiście odmiana czasownika podczas której tak przegrzewał mi się mózg, że najczęściej zamiast powiedzieć określoną formę po prostu wybuchałam śmiechem 🙂 to była wystarczająca wskazówka, że warto sprawdzić te tematy. Wracamy tutaj do mojej teorii dotyczącej gramatyki: ucz się jej dopiero wtedy, kiedy potrzebujesz jej do mówienia. Wtedy masz znacznie większą ciekawość i motywację. Zupełnie inaczej “przetwarzasz” temat i jest naprawdę o niebo łatwiej. 

 

Ale fajnie, czyli czwarty tydzień na tapecie

Wreszcie nastąpił czwarty tydzień. Miałam takie piękne plany i… rozchorowałam się! Na początku przyjęłam to na miękko myśląc, że skoro będę mniej pracować (głowa mi pękała i leżałam pod kołdrą cały dzień) to będę miała więcej czasu na hiszpański. Jak bardzo się myliłam. Na pewno wiesz, że generalnie podczas walki z wirusem rodzaje podejmowanej aktywności są, hm, jakby to ująć… Raczej mało ambitne. Przynajmniej tak jest ze mną. Zachowałam jedynie konwersacje i poprawki zdań, bo w poniedziałek czułam się jeszcze w miarę dobrze. 

Poprawki zdań to wyszukiwanie błędów w zdaniach, które ja powiedziałam, a które zapisała dla mnie moja lektorka. Niestety po tym pierwszy rzucie takich zdań doszłam do wniosku, że w ogóle nie mogę ich poprawić. Nie miało to związku z chorowaniem (choć dla mojego ego to byłaby dobra wymówka 😉 ). Po prostu odkryłam, że jest dla mnie za wcześnie na poprawianie własnych błędów. Uważność na to, co Ci służy, a co nie jest naprawdę ważna podczas językowych podbojów. Jeśli widzisz, że coś Ci nie pomaga, a wręcz dezorientuje, po prostu o tym powiedz. Tutaj właśnie sprawdza się fajna relacja między Tobą a lektorem. Poprosiłam więc Elenę, żeby po prostu pisała moje “kreatywne” zdania już w formie poprawnej. Wtedy czytając je utrwalam to, jak powinno się mówić.

Na poprawianie błędów przyjdzie jeszcze czas 🙂

Tak wyglądały moje pierwsze cztery tygodnie nauki. Przeszłam przez fazy zachwytu, ekscytacji, małej demotywacji, a potem pokonania w czwartym tygodniu. Kiedy to piszę jest już tydzień piąty i radośnie donoszę, że mam się dobrze i jestem gotowa do dalszych szaleństw. Im więcej słucham (a to udaje mi się praktycznie codziennie), tym bardziej dochodzę do wniosku, że baaaaaardzo chcę nauczyć się hiszpańskiego, bo moje serce po prostu topnieje na sam dźwięk tego języka. 

Idziesz równo ze mną ze swoim językiem? A może masz jakieś inne pomysły na tygodniowe plany? W minikursie GPS dostajesz planer tygodniowy, ja uzupełniam go sobie i wieszam nad biurkiem i dzięki temu widzę cały czas, co chcę zdziałać danego dnia 🙂 

Jak Ty planujesz swoje językowe tygodnie?

Wszystkiego językowego, 

Weronika