Aż trudno mi uwierzyć, że minęły już 4 tygodnie od startu hiszpańskiego challengu. Z dwóch powodów.

To z jednej strony tak szybko i nie wiem, kiedy i jak uciekły te dni.

Z drugiej strony: mówi mi się tak dobrze, że nie wierzę, że to tylko miesiąc! Jednak regularne, małe kroki naprawdę się opłacają.

 

Nie wiem, co robić, czyli klasyczny tydzień pierwszy

Pierwsze ułożenie planu tygodniowego może się wydawać dosyć trudne. Przecież praktycznie nic nie wiemy o danym języku. Zastosowałam więc prosty schemat, którego uczę w Language Master- rób to, co przygotuje Cię do mówienia od razu. W drugim tygodniu chciałam zacząć konwersacje, więc było to jasne- mam zrobić wszystko, co dam radę, aby na tych konwersacjach cokolwiek powiedzieć. Postawiłam więc na podstawy podstaw, które pozwolą mi “przegadać” pierwsze pół godziny. Plan wyglądał następująco:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Postanowiłam oczywiście ogarnąć “niezbędnik” (mówię o nim więcej w tym odcinku podcastu oraz tym poście) oraz podstawowe czasowniki i rzeczowniki + intro do gramatyki. Wszystko to z kanału Spanish Pod 101 na YouTube. Do tego dodałam stały element dnia w formie słuchania przez minimum 15 minut. Nie przejmuj się, jeśli na początku nie masz pojęcia o czym mówią. Ten etap słuchania służy raczej do tego, aby złapać melodię, może wyłapać jakieś pojedyncze słowa (na przykład przypadku takie, które np. mogły paść w piosenkach Enrique Iglesiasa 😉 ). To nie etap rozumienia i jest to ok. Mimo to, warto słuchać regularnie- zdziwiłbyś się jak bardzo pomaga to później. Przede wszystkim przyzwyczaja to Twój mózg do języka na poziomie biologicznym– dźwięki stają się “znajome”, nie czujesz jakby mózg miał eksplodować, kiedy po raz pierwszy masz coś powiedzieć, bo język jest już trochę oswojony. Z każdym kolejnym dniem wyłapujesz już więcej.

Ja w pierwszym tygodniu słuchałam podcastów “Habla español”, dla osób uczących się hiszpańskiego. Ich twórca mówi najwyraźniej na świecie. Serio. Mogłam bez problemu wyłapać trochę podstawowych słów i uważam, że na start materiały, które są dostosowane do osób uczących się są lepszym rozwiązaniem. Można także słuchać radia lub TV, ale tutaj mamy dużo mniejszą szansę wyłapywania słów, co może być zniechęcające. Na starcie każdym mały sukces jest na wagę złota z punktu widzenia psychologii nauki języka. Aż pisnęłam z radości po usłyszeniu pierwszego “mañana” 🙂

 

Jest ok, czyli typowy tydzień drugi

W drugim tygodniu nadeszły pierwsze konwersacje i tutaj warto się na moment zatrzymać. Moje doświadczenia z konwersacji są takie: naprawdę warto poświęcić chwilę na wybór odpowiedniej osoby. Ja korzystam z Italki, serwisu, w którym znajdziesz tysiące lektorów z różnych krajów. Sortujesz ich sobie po języku nauczania i … tutaj się zaczyna 🙂

Lektorzy mają w swoich profilach krótkie filmy, w których się przedstawiają. To naprawdę ważne, żeby je przejrzeć i nie myśleć za dużo. Dlaczego? Bo żeby mieć motywację, musisz LUBIĆ osobę, z którą rozmawiasz. Po prostu. Dlatego nie jest aż tak ważne, czy ta osoba ma takie, czy inne kwalifikacje (mowa przecież o nativach, więc co jak co, ale język to oni znają!) lub czy ma fajny T-shirt. Jeśli czujesz pod skóra, że to osoba, która nadaje na podobnych falach to po prostu spróbuj. Akurat na Italki sporo lektorów ma bezpłatną lekcję próbną. Czasem jest ona płatna, ale w dużo niższej cenie. W ten sposób możesz sprawdzić, jak pracuje Ci się z wybraną osobą. Z lektorem jak z miłością, jak się ją czuje, to się o tym wie, a jak się nie jest pewnym, to pewnie jej nie ma 🙂

Mówię Ci to na swoim przykładzie- wcześniej miałam na Italki zajęcia z pewną miłą Portugalką, ale jak ktoś mnie pytał jak mi się z nią pracuje, to zazwyczaj mówiłam “Jest bardzo fajna, bardzo profesjonalna”. “Tak, to dobra osoba do uczenia innych”. “Jest w porządku, docieramy się”. Jak pewnie się domyślasz, nie mamy już zajęć 🙂

Po prostu po kilku zajęciach nie bardzo było o czym gadać, temat wiadomo, zawsze się znajdzie, ale te rozmowy było mało… ciekawe 🙂

Dlatego pierwsza zasada wyboru lektora brzmi tak: znajdź kogoś, kogo na serio polubisz i z kim będzie Ci się fajnie rozmawiało. To da Ci motywacje i przyjemność z zajęć.

Co jeszcze działo się w drugim tygodniu?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z całego tego programu nie udało mi się tylko zrobić 25 topowych fraz. Nadgoniłam je w kolejnym tygodniu, ale szczerze mówiąc… Nie było warto 🙂 te frazy to były same “dzień dobry”, “dobranoc” i tego typu słowa. Doszłam zatem do wniosku, że jeśli czasem coś układa się w określony sposób to warto odpuścić, a nie na siłę dążyć do “wyrobienia planu”. Najważniejsze są konwersacje i tutaj zdania nie zmienię 🙂

 

Trochę mi się nie chce, czyli witaj w trzecim tygodniu

W trzecim tygodniu nastąpił mały kryzys. Czas skurczył mi się wyjątkowo i zaczęło się to odbijać na mojej motywacji. Początek był klasyczny- im mniej czasu, tym więcej stresu. A stres raczej nie pomaga. Zaczęłam więc trochę się wkurzać na… hiszpański 🙂 

Był on dodatkową rzeczą, która dodawała mi stresu, ze względu na to, że naprawdę miałam dużo spraw. Mogło to być związane także ze słabszą formą- w kolejnym tygodniu miałam się rozchorować, ale o tym jeszcze wtedy nie wiedziałam. Niemniej jednak wszystkie te czynniki sprawiły, że… mniej mi się chciało.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Bo chcę, żebyś wiedziała, że to normalne. I najzupełniej ok. Czasem tak się zdarza i wtedy warto na przykład zrewidować swoje plany tak, aby umieścić w danym tygodniu więcej językowych przyjemności. Chodzi o to, aby postarać się utrzymać kontakt z językiem, ale nie przymuszać się. Trąbię o tym wszem i wobec, że podejście jest kluczowe (więcej o budowaniu odpowiedniej postawy mówię w kursach GPS oraz Language Master). Dlatego nie zarzynaj się, lepiej zrobić mniej, ale zachować pozytywne nastawienie.

Jak to wyglądało u mnie?

Odpuściłam jeden dzień, sobotę oraz nie zrobiłam fiszek z konwersacji. Trudno. Oglądałam za to więcej “Las chicas del Cable” w ramach słuchania. Sprawiało mi to przyjemność i po całym wypełnionym dniu chciałam się po prostu zresetować. Oglądałam więc coś, co mnie odpręża (mega ten serial polecam, to taka fajna dziewczyńska propozycja), ale nadal miałam szansę posłuchać pięknego hiszpańskiego.

Dodało mi to też otuchy- przypomniałam sobie, że nie bez powodu się w tym języku zakochałam i słysząc go w takich “naturalnych” warunkach od razu wracała mi ochota, żeby go poznać i osiągnąć taką płynność jak bohaterki filmu 🙂

W trzecim tygodniu miała miejsca jeszcze jedna ważna rzecz: ustalałam strategię pod to, czego wiem, że nie wiem 🙂 

O co w tym chodzi? Po tygodniu konwersacji widziałam już przykłady rzeczy, w których ciągle popełniam błędy. To raczej łatwe do zauważenia, gdyż jak nie umie się powiedzieć prawie nic, to często powtarza się to samo 🙂 i wtedy tym wyraźniej widać, jeśli czegoś nie wiem. U mnie była to różnica między “muy” i “mucho” i oczywiście odmiana czasownika podczas której tak przegrzewał mi się mózg, że najczęściej zamiast powiedzieć określoną formę po prostu wybuchałam śmiechem 🙂 to była wystarczająca wskazówka, że warto sprawdzić te tematy. Wracamy tutaj do mojej teorii dotyczącej gramatyki: ucz się jej dopiero wtedy, kiedy potrzebujesz jej do mówienia. Wtedy masz znacznie większą ciekawość i motywację. Zupełnie inaczej “przetwarzasz” temat i jest naprawdę o niebo łatwiej. 

 

Ale fajnie, czyli czwarty tydzień na tapecie

Wreszcie nastąpił czwarty tydzień. Miałam takie piękne plany i… rozchorowałam się! Na początku przyjęłam to na miękko myśląc, że skoro będę mniej pracować (głowa mi pękała i leżałam pod kołdrą cały dzień) to będę miała więcej czasu na hiszpański. Jak bardzo się myliłam. Na pewno wiesz, że generalnie podczas walki z wirusem rodzaje podejmowanej aktywności są, hm, jakby to ująć… Raczej mało ambitne. Przynajmniej tak jest ze mną. Zachowałam jedynie konwersacje i poprawki zdań, bo w poniedziałek czułam się jeszcze w miarę dobrze. 

Poprawki zdań to wyszukiwanie błędów w zdaniach, które ja powiedziałam, a które zapisała dla mnie moja lektorka. Niestety po tym pierwszy rzucie takich zdań doszłam do wniosku, że w ogóle nie mogę ich poprawić. Nie miało to związku z chorowaniem (choć dla mojego ego to byłaby dobra wymówka 😉 ). Po prostu odkryłam, że jest dla mnie za wcześnie na poprawianie własnych błędów. Uważność na to, co Ci służy, a co nie jest naprawdę ważna podczas językowych podbojów. Jeśli widzisz, że coś Ci nie pomaga, a wręcz dezorientuje, po prostu o tym powiedz. Tutaj właśnie sprawdza się fajna relacja między Tobą a lektorem. Poprosiłam więc Elenę, żeby po prostu pisała moje “kreatywne” zdania już w formie poprawnej. Wtedy czytając je utrwalam to, jak powinno się mówić.

Na poprawianie błędów przyjdzie jeszcze czas 🙂

Tak wyglądały moje pierwsze cztery tygodnie nauki. Przeszłam przez fazy zachwytu, ekscytacji, małej demotywacji, a potem pokonania w czwartym tygodniu. Kiedy to piszę jest już tydzień piąty i radośnie donoszę, że mam się dobrze i jestem gotowa do dalszych szaleństw. Im więcej słucham (a to udaje mi się praktycznie codziennie), tym bardziej dochodzę do wniosku, że baaaaaardzo chcę nauczyć się hiszpańskiego, bo moje serce po prostu topnieje na sam dźwięk tego języka. 

Idziesz równo ze mną ze swoim językiem? A może masz jakieś inne pomysły na tygodniowe plany? W minikursie GPS dostajesz planer tygodniowy, ja uzupełniam go sobie i wieszam nad biurkiem i dzięki temu widzę cały czas, co chcę zdziałać danego dnia 🙂 

Jak Ty planujesz swoje językowe tygodnie?

Wszystkiego językowego, 

Weronika