Końcówka roku i początek nowego to dla mnie czas podsumowań i zastanowienia się nad moimi działaniami w poprzednich miesiącach.

Co z tego miało sens, a co było działaniem typu “szybko, nim dotrze do nas, że to bez sensu!”. Bo i takie się zdarzają.

No i oczywiście to dla mnie czas sprawdzenia, co jeszcze mogę zmienić w kwestii nauki języka i co kontynuować, a co odrzucić. Przyszło mi z tej okazji do głowy kilka bardzo osobistych benefitów z nauki języka i postanowiłam Ci o nich opowiedzieć. Ready, set, go!

Mówić idealnie? Precz z perfekcjonizmem!

Nauka języka uczy, jak bardzo szkodliwy może być perfekcjonizm, a w poprzednim roku pokazywało mi się to na każdym kroku. Postanowiłam zupełnie przeformatować swojej przekonania dotyczące… swobody językowej! I to właśnie męczący perfecjonizm mnie do tego zainspirował. Takie “ponazywanie” różnych rzeczy było dla mnie bardzo pomocne. Zastanowiłam się co to DLA MNIE oznacza, że “mówię w danym języku”, co znaczy swoboda językowa, a co płynność? Powiem Ci szczerze, do niedawna były to dla mnie to pojęcia-widma. Niby są, niby wiemy mniej więcej co znaczą, ale przy konfrontacji zazwyczaj okazuje się, że dla każdego oznaczają coś innego. To zupełnie naturalne i chyba wyzwanie pojawia się dopiero wtedy, kiedy pozwalamy, żeby te zwroty określały naszą naukę, nie wiedząc dokładnie co dla nas samych oznaczają. Prowadzi to do chaosu i wpływa na cele- no bo jak osiągnąć płynność, skoro nie wiemy dokładnie co to dla nas oznacza?

Co ma do tego perfecjonizm? Zdałam sobie sprawę, że płynność oznacza dla mnie swobodę, komunikację i przygodę i to są moje wartości w nauce języka. Nie perfekcja! Nie muszę być na pozimie C2, aby poczuć swobodę językową. Ba, wielu native’ów nie jest na poziomie C2.

Przedefiniowanie tego pojęcia przyniosło mi ogromną ulgę. Okazało się wtedy, że nie muszę spełniać swoich własnych wyśrubowanych oczekiwań, aby czerpać z języków i cieszyć się zarówno efektami, jak i samym procesem. Daję sobie więcej przyzwolenia na błędy, ale też i na niepewność i paradoksalnie poprawia to moją pewność siebie. Wcześniej ciążyła na mnie “klątwa specjalisty od języków”, czyli jak już mówić, to tylko świetnie. Kiedy spojrzałam na języki przez “oko początkującego” okazało się, że nie tylko robię znacznie szybszy progres, ale też jestem w stanie jeszcze lepiej wspierać moich klientów, bo przecież ONI TEŻ DOKŁADNIE PRZEZ TO PRZECHODZĄ. To dla mnie naprawdę fascynujące przeżycie. 

Na serio wierzę, że nie ma czegoś takiego jak znanie języka perfekt! Wierzę za to w rozwijanie empatii i komunikacji, coraz lepsze porozumiewanie się i to nie tylko dzięki umiejętnościom językowym sensu stricte, ale po prostu przez bycie “tu i teraz” i dawanie sobie szansy na bycie sobą, a nie “tym kimś, kto tak świetnie mówi i robi takie piękne konstrukcje językowe”. 

Odrzucenie perfekcjonizmu językowego nie tylko pozwoliło mi szybciej się uczyć, ale też sprawiło, że odpuściłam na innych polach i życie stało się dużo łatwiejsze 🙂

Pomyśl inaczej

Jakby się tak głębiej zastanowić, to większości z nas chodzi o to, aby być szczęśliwym. Niestety sami sobie na drodze do szczęścia często stajemy. Zakładamy na przykład, że musimy nauczyć się języka X, nakładamy na to ogromną presję i doprowadzamy samych siebie do poczucia bezwartościowym, jeśli po pół roku nie osiągamy mistrzostwa. Pewnie czytając to myślisz “Nie no, może nie aż tak”, ale naprawdę duża część z nas myśli w ten sposób. Nie nazywamy tego tak dosłownie jak tutaj pokazałam, ale jest w tym sporo prawdy. Rzadko słyszę od moich klientów słowa chciałabym/ chcę/ mam takie marzenie… Częściej jest to muszę/ powinnam/ potrzebuję. Nie neguję tutaj tego, że często potrzebujemy języka z różnych powodów. Ale o ile łatwiej i pozytywniej byłoby powiedzieć “postanowiłam, że się nauczę”, niż “muszę się nauczyć”. Czasem patrzymy przez ciemne okulary typu “muszę się nauczyć w końcu tego angielskiego, bo w końcu mnie wywalą z pracy”, zamiast przeformatować to na “postanowiłam nauczyć się angielskiego, aby mieć więcej możliwości biznesowych”. Niby to samo, a jednak zupełnie inne 🙂

Języki to taka właśnie podróż. Z punktu A do B, które sami określamy. Podróż dla naszego mózgu, ćwiczenie czegoś nowego, podróż kulturowa. Więc teraz wyobraź sobie takie wakacje: musisz iść popływać w basenie, trzeba odpocząć, powinienem iść zjeść obiad etc… To wszystko przyjemne rzeczy, które przez sposób w jaki o nich mówimy, zaczynają brzmieć jak straszne obowiązki i zadania. Zmień więc sposób w jaki myślisz o języku, a on Ci się odwdzięczy 🙂 

Dzięki podjęciu decyzji, że czegoś mam prawo nie umieć, ale i decyzji, że jeśli tylko zdecyduję, że chcę to się nauczę, nabrałam wiatru w żagle.

Pewnie już sie domyślasz, że dotyczyło to nie tylko języków 🙂 

 

Koniec oceniania i poddawania się

“To, że czegoś nie rozumiesz, nie oznacza, że jest to bez sensu.”

Poznawanie nowych języków, a co za tym idzie nowych kultur sprawiło, że moja tolerancja znacznie wzrosła. Jestem z tego naprawdę dumna 🙂

Teraz inność innych jest dla mnie oczywista i ciekawa, a nie zawsze tak było. Poznawania różnych obyczajów kiedyś budziło u mnie myśli typu “Ale dziwne”, dziś brzmi to raczej “Ale ciekawe!”. Tutaj znowu muszę odnieść to do innych sfer życia- gdybyśmy uznawali nasz sposób myślenia lub działania za najlepszy, rozwój osobisty przestałby istnieć. Bo czy to nie “inność” powoduje w nas proces zmiany? Zobaczenie, że można inaczej, czasami skuteczniej, czasami prościej, a czasami z większą motywacją jest bodźcem do zmiany. Kiedy widzimy coś, co nam się podoba od razu zastanawiamy się, czy nie warto byłoby samemu tego zastosować. Kiedy jednak coś nam się nie podoba najchętniej udajemy, że to nie istnieje, czasami dodatkowo kwitując to “Ale bez sensu”.

W języku obcym nie masz takiej możliwości. Nawet jeśli np. nie podoba Ci się czas przeszły, bo sposób jego tworzenia wydał Ci się skomplikowany to powiedzienie “ale bez sensu” raczej nie jest wyjściem z sytuacji, chyba, że zamierzasz mówić tylko w czasie teraźniejszym 😉

Uzbrajasz się więc w warstwy cierpliwości i próbujesz zrozumieć. Zrobienie tego (w kwestii języka i także innych sferach życia) jest naprawdę rozwijające. Dzięki językom poznaję różne sposoby myślenia, podejścia do życia i radzenia sobie z wyzwaniami, bo różne kultury często po prostu reagują skrajnie różnie. Wydaje mi się to jedną z największych wartości nauki języka. Mam odczucie, że dzięki temu żyję się jakby pełniej, bo z większą świadomością. I ja to kupuję! 🙂

 

Być może któryś z tych trzech elementów mocno Ci zarezonuje, a może jest u Ciebie jest zupełnie inaczej? 

Co Ci dała nauka języka?